wtorek, 21 października 2014

Karkonosze jesienią

Góry leczą. Zawsze tak uważałam. Leczą z pośpiechu, złego humoru, braku pewności siebie (nadmiaru zresztą też - i to szybko:), złych miłości, nałogów, samego życia nawet. Są lepsze niż najlepszy psycholog (o kiepskim nie wspominając;) A na pewno tańsze. No i ładniejsze. Zwłaszcza jesienią.
Wspinanie się po górach zawsze poprawia nastrój i poczucie własnej wartości - wydaje się, że jest się słabym, a jednak daje radę wejść wyżej. Pot się leje, bluzgi więzną w gardle, oddech urywa, mięśnie dają aż nadto czytelne sygnały, że już dość finito, a jednak człowiek odpoczywa chwilę i idzie dalej. Pod górę. Pomimo tego, że ciężko, że trudno, że ciało protestuje. Nagrodą są nieziemskie widoki i satysfakcja z pokonania własnej słabości.
O ile ktoś nie poszedł w japonkach zimą w wysokie góry nie znając szlaku oczywiście. Wtedy nagrodą może być tylko szybka interwencja ratowników na koszt podatnika, bądź kalectwo, lub... śmierć. 
Idea chodzenia po górach jest chyba kwintesencją życia. Walczy się, ale z głową, a nic co wartościowe nie jest zdobywane bez wysiłku. Dlatego zawsze tam jadę kiedy potrzeba mi szybkiej pomocy nierefundowanej enefzetem naszym kochanym. Góry nigdy mnie nie zawiodły. Szczerze polecam zdesperowanym lub smutnym. Powietrze, przyroda i wysiłek wyciągają z tarapatów ekspresowo.

Swoją drogą na Śnieżce było widać cudowne morze chmur po czeskiej stronie - widok jedyny w swoim rodzaju - dotąd widziałam takowe tylko w Tatrach, albo z samolotu. Zapierało dech w piersiach!

A tak z lżejszych klimatów - w ostatni weekend babiego lata naród faktycznie oczadział chyba w tych górach, bo odbylam na szlaku kilka naprawdę interesujących rozmów z zawianymi góromanami.

Pierwsza.
Drepczę sobie najspokojniej i napotykam grupkę wiedzioną przez chuchniętego juści dżentelmena, ktory zadaje mi następujące pytanie:
- Dokąd my idziemy?
Zastanowiłam się solennie:
- A ja nie wiem dokąd państwo idziecie. To filozoficzne pytanie poniekąd.
Na co mój mąż przytomnie zauważył, że do Wangu idą. Zmartwiło to ekipę bo oni chcieli do Jaru oczywiście, czyli jakby odwrotnie. Pokierowawszy nieszczęsnych zastanowiłam się po raz któryś już w życiu, czy w schroniskach powinien być sprzedawany ciężki alkohol, a wucety płatne.

Rozmowa druga - na Śnieżce.

Idzie młody wiking z wilczakiem w moim kierunku. Pies najwyraźniej zainteresowany moim aparatem, więc asekuracyjnie mówię:
- Sorry młody, nie ma żarcia.
Na to wiking uśmiechnąwszy się demonicznie:
- Coś sobie zawsze znajdzie...
 Heh, no cóż, bez ręki lub nogi zawsze zejdę z góry, ale jak żyć?:)

Rozmowa trzecia - przed schroniskiem Strzecha Akademicka.

Podchodzi do mnie młodzież lat około dwadzieścia z hakiem i pyta :
- A na tą Śnieżkę to w górę czy w dół?
Po tym jak już mnie odetkało mówię:
- W górę, rzecz jasna, na Śnieżkę raczej w górę niż w dół, to najwyższy szczyt tutaj.
- Bo na tych znakach nie napisane, a ja nie wiem jak ona wygląda. - poskarżył się młodzian.

Amen. Życie jest piękne i trzeba korzystać zeń :)

W góry zawsze warto, a wręcz należy!
Miłego tygodnia
khoci






































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz