sobota, 11 października 2014

"Bogowie"

Jak miło dla odmiany czekać na jakiś film i się nie rozczarować.
Na film "Bogowie" pobiegłam w pierwszym możliwym terminie i przyznam - nie żałuję ani minuty spędzonej na seansie.
Mało jest w Polsce takiego kina - w powodzi powstań, wojny, historii, głupawych komedyjek pojawia się od czasu do czasu film, który nie epatuje fajerwerkami, polską martyrologią lub wątpliwej jakości dowcipem. To jest właśnie taki film.

Pokazuje fragment z historii prof. Religi - kiedy dopiero tworzy klinikę w Zabrzu i dokonuje pierwszych (nieudanych) transplantacji serca. Widzimy wszelkie przeciwności z jakimi musiał walczyć: i jako człowiek - z własną słabością, ambicją, rozdarciem między pracą, a rodziną, wątpliwościami, frustracją, i jako jednostka w ówczesnym systemie - z polityką, starszymi stopniem lekarzami, brakami w zaopatrzeniu, podejściem do przeszczepów w ogólności. Widzimy charyzmatycznego, ale i cholerycznego lidera, który rzuca kurwami, pali jak smok, co chwilę zwalnia i na nowo zatrudnia swoich ludzi, nie ma czasu dla rodziny i walczy, walczy do upadłego, bez względu na cenę jaką płaci.

Jaki obraz się pojawia? Bardzo ludzki. To nie jest jakiś tytan, tytułowy bóg, tylko człowiek ze wszystkimi słabościami jakie może mieć. Nie jest, ale i zarazem jest, bo gdzie się objawia iskra boża w człowieku jeśli nie w momencie kiedy podnosi się z upadku, z klęski i próbuje dalej, walczy? I to o jaki cel - aby ratować ludzkie życie.

Wspaniały film - nieprzerysowany, nie mitologizujący lekarzy, a zarazem pokazujący to co w człowieku piękne - wielką siłę, która każe iść za swoimi przekonaniami wbrew wszystkiemu.  I zarazem ból i wyrzeczenia jakie takiej drodze towarzyszą. Bo z jednej strony widzimy walczącego  wybitnego chirurga, a z drugiej człowieka, który pije, który wątpi, nie daje czasem rady, nie panuje nad emocjami, wybucha, płacze.

Czytałam recenzje, gdzie autorzy czepiają się, że reżyser jakoby "wdzięczy się do widza". Nie miałam takiego odczucia. Są momenty smutne, są i żarty, jak w życiu, przecież ciężko chyba wymagać, żeby lekarz był non stop poważny i skupiony. A najśmieszniejszy zarzut jaki usłyszałam pod adresem filmu to ten, że scenografia jest zbyt dokładna - na litość boską, a jaka ma być? Najzabawniejsze, że pewnie ktoś kto nie dorastał w latach 80 nawet nie zwróci na to uwagi - po prostu przyjmie obraz jako odzwierciedlający czasy, nie czepi się szczegółu, że matka operowanej dziewczynki trzyma akurat "Burdę" pod pachą, a Religa jeździ fiatem 125p koloru zielonego czy pije kawę po turecku (swoją drogą  z połowy szklanki fusuów...szacun, że nie zszedł po takim napitku).
To jest kwestia po co się ten film ogląda. Czy jako dokument (ten film nim nie jest), czy po to aby porównać czy Kot się za bardzo garbi w filmie czy góruje nad innymi lekarzami (nota bene czy nikomu nie wpadło do głowy, że to być może zabieg świadomy?) czy jest za bardzo, a  może za mało podobny do Religi? Czy po to żeby dowiedzieć się kim są "Bogowie", ile jest z boga w człowieku, jakie są wartości i siły jakie człowieka napędzają i co to w ogóle może znaczyć "człowiek"? Kwestia podejścia.

Tomasz Kot gra niesamowicie. Magia skupia się w jego spojrzeniu, w oczach - lekarze często  mają spojrzenie ludzi, którzy masę widzieli, przeszli , ostatecznie obcują z bólem i śmiercią na codzień - zagrać jest to na pewno trudno, Kotowi się udało. To spojrzenie mówi, że Religa wie o co toczy się gra - o życie, o możliwość ratowania kolejnych ludzi, a także o siebie, swoją drogę, ambicję, wizję. Kot jest wiarygodny - i skupiony na sali i pijany w sztok i cierpiący i triumfujący.

Bardzo polecam - jeśli macie okazję - obejrzyjcie. Nie tylko po to aby poznać historię najwybitniejszego polskiego kardiochirurga, ale przede wszystkim wybitnego człowieka o wielkiej sile.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz