Na ten koncert czekałam od grudnia...powiedzieć , że było warto to duże niedopowiedzenie.
Słuchanie Dead Can Dance w domu, nawet przy świecach i winie to zdecydowanie nie to samo co czekanie w mroku wewnątrz potężnej kopuły jaką tworzy wrocławska Hala Stulecia i wreszcie ten niezwykły moment kiedy w ciszy pełnej oczekiwania rozbrzmiewa pierwszy dźwięk, unosi się do góry i rozchodzi po całym wnętrzu, a Ty czujesz, że oczy całkiem mimowolnie napełniają się łzami ekscytacji, a na skórze pojawia się gęsia skórka, serce przyspiesza i myślisz sobie - To jest to, jestem w tym miejscu...Zwłaszcza jeśli pierwszy utwór to "Children of the Sun". Głos Perry'ego trafił wprost do mojego serca i sprawił, że poczułam się jak odrodzona.
Zanim jednak zagrali Mistrzowie Gerrard/Perry na scenie przez pół godziny grał David Kuckhermann operujący niezwykłymi instrumentami (perkusyjnymi, klawiszowym, udu, cajon, hang, udu, riq, talerzami) i tworzący iście magiczne melodie.
Wracając zaś do koncertu DCD - prezentowane utwory to prawdziwa uczta dla zmysłów - muzyka płynąca czarodziejsko, wspaniałe wokale, dźwięki rozbudzające wyobraźnię, piękne światła budujące nastrój, tajemnicza atmosfera...
Egzotycznie, magicznie, czule, dramatycznie, podniośle...Czułam się jak w teatrze gdzie spektakl trwa biegnąć płynnie i uwodząc widza coraz to nowymi scenami... każdy kolejny utwór (m.in "Agape", "Rakim", "Kiko", "Amnesia", "Black Sun", "Nierika", "Opium", "Cantara" i na bis "Sonf to the Siren", "Return of She-King" żeby wymienić tylko kilka) zmieniał nastrój i wciągał coraz bardziej w podróż prowadzoną przez artystów.
Po wyjściu z koncertu jeszcze długo nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia.
Wspaniałe wydarzenie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz