Lubię. Bardzo. Z prostej przyczyny - kupując na lokalnym bazarku nie traci się kontaktu z człowiekiem. Oraz rzeczywistością.
Obok mojej chałupki są same małe sklepiki skupione wokół dwóch ryneczków, tak więc robiąc zakupy już od kilku lat jestem rozpoznawana, co ma swoje dobre strony.
W warzywniaku sprzedają karatecy i zawsze podebatujemy o życiu, każą mi się też chwilowo oszczędzać, dbają abym nie poszalała zbytnio z siatami.
W mięsnym mam rozchwory o kotach, bo właścicielka także takowe posiada; dowiem się też o wszelkich możliwych nieszczęściach motoryzacyjnych i innych wszelakich jakie napotkały ją i współsprzedawczynię w ostatnim czasie.
Dodać muszę, że chlebek z tejże lokalnej piekarni jest boski, pachnący i krojenie go to czynność wręcz mistyczna:)
W sklepie zoologicznym zawsze pobawimy się z suczką groźną Balbiną, pogadamy o wszystkim, a przemili właściciele dorzucają gratisy dla naszych kociaków - a to myszki,a to mleczko, a to kabanosik :)
Dodatkowo co sobotę na placykach handlują różne dziadki - a to miodem, a to kwiatami i innym dobrem - wszystko - można rzecz - od małych przedsiębiorców:)Tak małych, że ich nawet straż miejska za bardzo nie goni.
I fajnie jest. Produkty pyszne, pogawędki trwają w najlepsze, taki mały społeczny system się wytworzył, czego próżno szukać w super/hiper marketach. Nie ma ugrzecznionych uśmiechów, ani tej samej gadki do każdego, ale są ludzie - czasem wściekli, czasem życzliwi, ale przynajmniej prawdziwi. Tak jak żarło, które sprzedają.
I niech tak trwa, póki mogę, to wspieram "swoich"
:D
Kto tak ma, łapa w górę :)
khoci
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz