Właśnie po raz kolejny udowodnił mi wszechświat, że obsada czyni cuda :) Bo gdyby nie cudownie brytyjski Tom Hiddleston nie wiem czy wybrałabym się na - było nie było - horror.
Horrorów nie oglądam co do zasady, gdyż późniejsze reperkusje (typu boję się iść siku w nocy, a jak nawet pójdę to wracam z kibelka pędem, wskakuję pod kołdrę i zakrywam uszy, żeby nic nie widzieć nic nie słyszeć co tam ewentualnie za mną pełznie:) Aha i zakrywam stopy w naleśnik żeby mnie nic za palce nie złapało) są zbyt dotkliwe.
Aaale... do E.A Poe'go zawsze miałam słabość (po coś na tą anglistykę się człowiek pchał w końcu:), nie dziwota więc, że jeszcze jako dziecko oglądałam różne ówczesne produkcje typu "Zagłada Domu Usherów" czy "Maska Czerwonego Moru", które zrobiły na mnie ogromne wrażenie, które w zasadzie trzyma do tej pory.
Widząc trailer do "Crimson peak" wyobraziłam sobie oczywiście -widząc stare zamczysko i połaci śniegu pokrytego czerwienią - że będzie to coś w wyżej wymienionym stylu.
No i jeszcze wspomniany Tom H... tak więc wiadomo, do kina marsz, najwyżej mi pęcherz rozerwie :)
Tak myślałam ja.
Ale tak strasznie nie było; pomijając duchy w stylu bodyworlds, historia okazała się dość banalna, ale nie będę spoilerować bo film jeszcze dość świeży w kinach, niech więc sobie kto chce obejrzy w spokoju.
Zdecydowanym plusem jest natomiast strona wizualna filmu - i nie mówię tu tylko o tym klasycznym tricolor rodem z królewny śnieżki (biały, czerwony, czarny), ale też o znakomitej grze światła umiejętnie zestawionego z kolorami wnętrz, obrazami i wysmakowanymi scenami.
Już nawet dla nich samych warto film obejrzeć.
Bo fabuła - nie ukrywam - dość głupia :)
Czy warto do kina? Warto, jeśli się cudów nie oczekuje, a chce trochę gotyckiej romancy z pięknym British English w tle:)
Miłego!
khoci

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz