Moja babcia kiedyś robiła szarlotkę bardzo często, a mi się jakoś dotąd nie trafiało - generalnie mam awers do nadzienia, bo się zawsze boję, że mi się rozklapi, wycieknie lub ciasto nie dopiecze...
Ale co tam, stwierdziłam once kozie death i do dzieła.
Posiłkowałam się tym przepisem, ale go lekko zmodyfikowałam :)
Jabłka kupiłam gotowe w lidlu (w słoiczku pokrojone) i uprażyłam je z cukrem waniliowym, cukrem (6 łyżek), cynamonem i rodzynkami na patelni. Ciasto po wyjęciu z lodówki wałkowałam na papierze pergaminowym bo okrutnie przywiera a ja się jeszcze silikonowego wałka nie dorobiłam niestety. Do białek też nie dodałam cukru - szarlot i tak jest słodka :)
Z cukrem generalnie mieliśmy lekkie sensacje, gdyż po wykonaniu wcześniej tego dnia brownies cukier wyszedł i mój miły został wysłany na misje ratunkową no i przyniósł cukier - rafinadę :)
I jeszcze wielce zdziwiony, jak to - cukier to cukier. Dobrze, że w kostkach nie przyniósł:D
Love po prostu
Ciepłe ciasto ciężko się kroi, ale jest omnomnom :)
Polecam na taką zdechłą zimę jak mamy teraz!
Miłej niedzieli!
khoci
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz