Moja tajna broń kiedy trzeba szybko coś słodkiego na najazd łasuchów:)
Ostatnim razem użyłam innego przepisu i wyszło ciasto brzydkie, a nie Dekadent, więc co prędzej wróciłam do sprawdzonego od lat (zwłaszcza, że wizyta przyszłej teściowej była w planie, więc bez niespodzianek proszę:)
Lista zakupów:
2 czekolady gorzkie min 70% ( po 100 g każda)
200g mielonych orzechów laskowych
5 jajek
kostka masła (plus trochę do wysmarowania formy)
szklanka cukru
kakao
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni.
Czekoladę i masło wsadzić do
sauny (znaczy do garczka a garczek do większego z gotującą wodą) i
rozpuścić. W tym czasie zmiksować żółtka z cukrem. Białka ubić na
sztywną pianę. Orzechy wysypać na suchą patelnię i lekko uprażyć ( trzeba uważać, żeby nie przesadzić, bo szybko się palą i może nam zostać orzechowy koks a nie zastępcza mąka;). Uprażyć warto o tyle, że zapach jest genialny i ciasto jest później bardziej chrupliwe:)
Połączyć masę jajkową z czekoladową i orzechami, po czym delikatnie dołączyć białka i zamieszać.
Formę wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia, wylać masę i wstawić do piekarnika na ok 1h.
Po wyjęciu posypać przesianym kakao.
Ciasto jest bardzo czekoladowe i za wiele się go nie zje, chyba, że ktoś jest wybitnie czekoladoodporny :)
Tak czy owak - dekadencja gwarantowana!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz