Są czasami takie tygodnie kiedy
człowiek zastanawia się kiedy wreszcie się skończą i czy przetrwa się je w jednym
kawałku fizycznie i duchowo. I kiedy już myśli, że gorzej być nie może nagle
pojawia się wydarzenie, które całkowicie wyrywa z marazmu i daje niesamowitego
kopa – genialny koncert!
W moim przypadku był to koncert w
ramach Swedish Empire Tour – Sabaton, Eluveitie i Wisdom, który
odbył się 1 marca we wrocławskiej Orbicie.
W sumie nie wiem skąd ta nazwa,
bo Szwedami są w zasadzie tylko panowie z headlinera, reszta to Szwajcarzy i
Węgrzy, ale kto by się bawił w taki szczegóły. Od razu zaznaczam, że znałam
wcześniej tylko Eluveitie (pobieżnie), więc moje zachwyty to na pewno nie wynik
indywidualnych sympatii czy paru piw wychylonych kiedyś przy okazji z muzykami :)
Koncert rozpoczął się w miarę
punktualnie, od koncertu grupy Wisdom.
Panowie dzielnie stawali, głos wokalisty
Gabora Nagy był na miarę instrumentów, można było poczuć, że ma moc i to
szczególne coś, co pozwala poczuć muzykę w trzewiach. Na pewno nie zaszkodziło,
że głos był czysty, pewny i melodyjny odpowiednio tak, żeby publiczność
obudziła się dostatecznie do pierwszych szalonych młyńców na płycie, a muzyka tylko podsycała ten szał. Cóż, magia power
metalu, choć od skojarzeń z Żelazną Dziewicą panowie na pewno nie uciekną. Koncert był na tyle zaplanowany, żeby dać posmak
czym jest twórczość zespołu, a nie znudzić. Zagrano stare kawałki, m.in. „Wisdom”,
cover Iron Maiden „Wasted Years”, jak i nowe, np. „Judas”. Piękny pierwszy mocny cios w splot
słoneczny, brawo!
Następnie nastąpiła krótka
przerwa i już na scenie pojawiła się ekipa z Eluveitie. Co tu dużo mówić
- wariactwo! Zespół co prawda nie wystąpił w pełnym składzie (Anna
Murphy się pochorowała i jak mi donieśli die
hard fani – bez hurdy durdy to już nie było to samo J ) Mimo to energia emanująca
ze sceny miażdżyła – więcej tu było metalu niż folku, ale myślę, ze nikt nie
narzekał. Kobza udekorowana polską flaga tez na pewno nikomu nie przeszkadzała,
bo młyńce kręcone po parkiecie przez publikę sprowokowały wokalistę do
zaprowadzenia porządku i wprowadzenia kobiecych rządów (swoją drogą współczuję tej dzielnej odważnej celtyckiej czerwonowłosej
dziewczynce, która miała prowadzić rozszalały metalowy circle pit:) Nie ma to jak
kontrolowana przemoc i agresja
Fani przyjęli zespół bardzo
dobrze – nie powiem, ze ciepło bo to eufemizm w tym wypadku – już samo nawołania
pod tytułem „napierdalać” mówią
wszystko o oczekiwaniach. Trzeba też przyznać, że wokalista miał znakomity
kontakt z publiką – duży plus. Zagrano m.in.
„Luxtos”, „Helvetios” , „Thousandfold”, „Havoc” czy „Inis Mona”.
Świetny koncert, zapraszamy
ponownie!
Ostatnim koncertem był oczywiście
koncert Sabaton.
Nawoływania o wiadomej treści słychać
było na długo zanim koncert się rozpoczął.
Cóż ja mogę powiedzieć – miazga! Całkowita miazga! I nie chodzi tylko o
muzykę zespołu czy niesamowitą charyzmę wokalisty – także o reakcję
publiczności! Jednolity huk, skandowanie, setki rąk w górze i wszechogarniający
śpiew… przysięgam, że miałam gęsią skórkę, a słyszałam ten zespół po raz
pierwszy w życiu! Kocioł na płycie
sięgnął zenitu ,a ilość ludzi niesionych na rękach w kierunku sceny zaczęła
powoli przypominać ruch na autostradzie albo tetrisa. Współczuję ochronie
doprawdy, bo przecież musieli całe to towarzystwo transportować bezpiecznie na
ziemię. W powietrzu latały flagi, buty i kończyny, publika śpiewała na całe
gardło tudzież ryczała, a wokalista robił wszystko byle ten klimat podtrzymać.
Dość rzec, że w trakcie szalonych harców podarł spodnie J o czym nie omieszkał
poinformować tak fanów jak i fotografów w picie: „Podarłem spodnie, o tam w picie jest fotografka, pytam ją czy widzi tam
coś ciekawego swoim obiektywem, a ona na to, że nic..”:)
Kontakt z publiką na celująco, nie oszczędzali się
panowie, zdecydowani nie, więc i atmosfera była niczym 100 espresso na raz –
gorąca i energetyczna! Sporo było też żartów – także po polsku (najbardziej
zdaje się podobały słowa „piwo” i „kurwa”
– więc i wyszło z tego „kurwa piw” :)
Wokalista jest niesamowicie sympatyczny, widać, że kocha to co robi i szanuje swoich fanów – rzadkie, ale piękne.
Zaprezentowane utwory też
stymulowały niesamowitą mega energetyczną atmosferę – „Uprising”(o powstaniu warszawskim...), „Carolus Rex”
(ok, ok…po angielsku…), „Attero Nominatus” , „40:1” czy „The Art Of War” no i „Swedish Pagans” żeby wymienić tylko
kilka. Wspaniałym momentem był ten, kiedy wokalista usiadł sam do klawiszy, a gitarzyści
stali na podwyższeniu w pięknym świetle
grali utwory ze swoich starych albumów. Cudowne światła, dźwięk jak
marzenie – nie mam się naprawdę do czego przyczepić!
Muszę powiedzieć, że wyszłam zmiażdżona,
ale tez niesamowicie szczęśliwa z doładowanymi akumulatorami. Wielkie
dzięki!!!!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz