wtorek, 5 marca 2013

Sabaton, Eluveitie, Wisdom -Wrocław, Orbita 1.03.2013




 Są czasami takie tygodnie kiedy człowiek zastanawia się kiedy wreszcie się skończą i czy przetrwa się je w jednym kawałku fizycznie i duchowo. I kiedy już myśli, że gorzej być nie może nagle pojawia się wydarzenie, które całkowicie wyrywa z marazmu i daje niesamowitego kopa – genialny koncert!

 
W moim przypadku był to koncert w ramach Swedish Empire TourSabaton, Eluveitie i Wisdom, który odbył się 1 marca we wrocławskiej Orbicie.
W sumie nie wiem skąd ta nazwa, bo Szwedami są w zasadzie tylko panowie z headlinera, reszta to Szwajcarzy i Węgrzy, ale kto by się bawił w taki szczegóły. Od razu zaznaczam, że znałam wcześniej tylko Eluveitie (pobieżnie), więc moje zachwyty to na pewno nie wynik indywidualnych sympatii czy paru piw wychylonych kiedyś przy okazji z muzykami :)

Koncert rozpoczął się w miarę punktualnie, od koncertu grupy Wisdom.  Panowie dzielnie stawali, głos wokalisty Gabora Nagy był na miarę instrumentów, można było poczuć, że ma moc i to szczególne coś, co pozwala poczuć muzykę w trzewiach. Na pewno nie zaszkodziło, że głos był czysty, pewny i melodyjny odpowiednio tak, żeby publiczność obudziła się dostatecznie do pierwszych szalonych młyńców na płycie, a  muzyka tylko podsycała ten szał. Cóż, magia power metalu, choć od skojarzeń z Żelazną Dziewicą panowie na pewno nie uciekną.  Koncert był na tyle zaplanowany, żeby dać posmak czym jest twórczość zespołu, a nie znudzić. Zagrano stare kawałki, m.in. „Wisdom”, cover Iron Maiden „Wasted Years”, jak i nowe, np.  „Judas”. Piękny pierwszy mocny cios w splot słoneczny, brawo!

Następnie nastąpiła krótka przerwa i już na scenie pojawiła się ekipa z Eluveitie. Co tu dużo mówić  - wariactwo! Zespół co prawda nie wystąpił w pełnym składzie (Anna Murphy się pochorowała i jak mi donieśli die hard fani – bez hurdy durdy to już nie było to samo J ) Mimo to energia emanująca ze sceny miażdżyła – więcej tu było metalu niż folku, ale myślę, ze nikt nie narzekał. Kobza udekorowana polską flaga tez na pewno nikomu nie przeszkadzała, bo młyńce kręcone po parkiecie przez publikę sprowokowały wokalistę do zaprowadzenia porządku i wprowadzenia kobiecych rządów (swoją drogą współczuję tej dzielnej odważnej celtyckiej czerwonowłosej dziewczynce, która miała prowadzić rozszalały metalowy circle pit:)  Nie ma to jak kontrolowana przemoc i agresja
Fani przyjęli zespół bardzo dobrze – nie powiem, ze ciepło bo to eufemizm w tym wypadku – już samo nawołania pod tytułem „napierdalać” mówią wszystko o oczekiwaniach. Trzeba też przyznać, że wokalista miał znakomity kontakt  z publiką – duży plus. Zagrano m.in. „Luxtos”, „Helvetios” , „Thousandfold”, „Havoc” czy „Inis Mona”.
Świetny koncert, zapraszamy ponownie!

Ostatnim koncertem był oczywiście koncert Sabaton.
Nawoływania o wiadomej treści słychać było na długo zanim koncert się rozpoczął.  Cóż ja mogę powiedzieć – miazga! Całkowita miazga! I nie chodzi tylko o muzykę zespołu czy niesamowitą charyzmę wokalisty – także o reakcję publiczności! Jednolity huk, skandowanie, setki rąk w górze i wszechogarniający śpiew… przysięgam, że miałam gęsią skórkę, a słyszałam ten zespół po raz pierwszy  w życiu! Kocioł na płycie sięgnął zenitu ,a ilość ludzi niesionych na rękach w kierunku sceny zaczęła powoli przypominać ruch na autostradzie albo tetrisa. Współczuję ochronie doprawdy, bo przecież musieli całe to towarzystwo transportować bezpiecznie na ziemię. W powietrzu latały flagi, buty i kończyny, publika śpiewała na całe gardło tudzież ryczała, a wokalista robił wszystko byle ten klimat podtrzymać. Dość rzec, że w trakcie szalonych harców podarł spodnie J o czym nie omieszkał poinformować tak fanów jak i fotografów w picie: „Podarłem spodnie, o tam w picie jest fotografka, pytam ją czy widzi tam coś ciekawego swoim obiektywem, a ona na to, że nic..”:)
Kontakt  z publiką na celująco, nie oszczędzali się panowie, zdecydowani nie, więc i atmosfera była niczym 100 espresso na raz – gorąca i energetyczna! Sporo było też żartów – także po polsku (najbardziej zdaje się podobały słowa „piwo” i  „kurwa” – więc i wyszło z tego „kurwa piw” :)  Wokalista jest niesamowicie sympatyczny, widać, że kocha to co robi i szanuje swoich fanów – rzadkie, ale piękne.
Zaprezentowane utwory też stymulowały niesamowitą mega energetyczną atmosferę – „Uprising”(o powstaniu warszawskim...), „Carolus Rex” (ok, ok…po angielsku…), „Attero Nominatus” , „40:1” czy „The Art Of War”  no i „Swedish Pagans” żeby wymienić tylko kilka. Wspaniałym momentem był ten, kiedy wokalista usiadł sam do klawiszy, a gitarzyści stali na podwyższeniu w pięknym świetle  grali utwory ze swoich starych albumów. Cudowne światła, dźwięk jak marzenie – nie mam się naprawdę do czego przyczepić!
Muszę powiedzieć, że wyszłam zmiażdżona, ale tez niesamowicie szczęśliwa z doładowanymi akumulatorami. Wielkie dzięki!!!!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz