poniedziałek, 19 marca 2012

Mój Tydzień z Marilyn


Czekałam na ten film z utęsknieniem, bo trailer wydawał się zachęcający ... piękna MM, wgląd w to jakim czarującym acz skomplikowanym stworzeniem była czyli sceny niczym z opowiadania Trumana Capote "Piękne Dziecko", młody zauroczony chłopak, piękne krajobrazy z Anglii... jak zwykle dałam się przynęcić; czasem myślę, że mam syndrom myszy która zawsze się da złapać w pułapkę na serek spleśniały od niewidocznej strony;)



Cóż, niestety wniosek jest tradycyjny - niektórych ikon ruszać nierozważnie nie wolno.


Film jest niesamowity wizualnie, zdjęcia piękne i historia rewelacyjna, Kenneth Branagh czy Judi Dench bronią się sami, Eddie Redmayne jest świetny, ale to wiedziałam już w "Savage Grace", ale cóż z tego kiedy główna postać absolutnie nie ma szans sprostać pierwowzorowi. I nie chodzi o to, że musi, wcale tego nie twierdzę, każda taka rola jest jedynie interpretacją postaci takiego formatu, inaczej byłaby karykaturalna, ale jak na moje wyczucie film obnażył tylko wszystkie uprzedzenia jakie Hollywood czy świat miał wobec Marilyn,  nie zaś pokazał piękny wyrywek z jej życia który miałaby na swoją obronę gdyby wróciła.
Bo i  owszem - czarująca, seksowna, zniewalająca, piękna, ale głównie że głupiutka, neurotyczna, nieodpowiedzialna, nieobliczalna, niestała, łatwa... Ot, kąsek do zdobycia.

Zagrać postać tak pełną sprzeczności, tak pełną uroku osobistego, oddziałującą na otoczenie a jednocześnie niepewną siebie, desperacko głodną i wciąż nienasyconą uznania, miłości, potwierdzenia własnej wartości bez tworzenia wrażenia absurdu jest nie lada sztuką i niestety Michelle Williams się nie udało. Jej Marylin jest owszem splątana swoimi strachami, ale też irytująca z głupim wyrazem twarzy i działaniami podejmowanymi nie tyle spontanicznie co bez wszelakiego związku.
Szkoda.
Tworzenie wrażenia mało inteligentnej ładniutkiej rozdygotanej aktoreczki to trochę za mało przy takiej postaci jak MM - do tego trzeba potężnej wrażliwości i inteligencji zmieszanej z dozą lekkiego szaleństwa -  dla mnie genialna byłaby Angelina Jolie - naturalnie sprzed Brangeliny i całej tej menażerii, ale z czasów "Przerwanej lekcji muzyki" (z bardziej tlenionym image'm oczywiście:)

Swoją drogą niedawno oglądałam  "The Prince and the Showgirl" z 1957 roku - film , który jest niejako kanwą omawianego filmu - i porównanie jest szokujące. 
Wdzięk, świeżość, czar, radość i piękno - takiej magii nie można powtórzyć. I zawsze jest ona poparta inteligencją, która wynika z wrażliwości. 



Bardzo pięknie podsumowałby to fragment wywiadu z inną aktorką - Emmanuelle Beart:

"E: Masz uczucie, że jesteś kobietą, której nie można się oprzeć?
E.B.: Nie. Aktorka jest kobietą ze wszystkim, co to ze sobą niesie: siłą, wątpliwościami, wrażliwością. Istnieje rozdźwięk pomiędzy wizerunkiem a osobą, która kryje się pod nim. Kiedy mam wrażenie, że inni nie odbierają mnie taką, jaką rzeczywiście jestem, chciałabym powiedzieć prawdę o sobie. Może za późno...
E: Dlaczego tak bardzo chcemy się podobać?
E.B.: Z wiekiem potrzeba bycia kochanym zamienia się w potrzebę kochania. Pewnego dnia ktoś mnie zapytał: "Ale co ty masz takiego, czego inni nie mają, że ciągle jesteś gwiazdą (17 lat w kinie)?". Odpowiedziałam: czemu nikt mnie nie pyta, czego mi brakuje, że ciągle nią jestem? Właśnie ten brak, tęsknota za uczuciem powoduje aż taką potrzebę podobania się. Można by szukać przyczyn w dzieciństwie, młodości, ale jest jakaś niedojrzałość prowokująca głód miłości."

Więc to brak nie nasycenie powoduje działanie, nie głupota czy bezmyślność, tylko poszukiwanie i szczerość, która tak bardzo szokuje otoczenie, może one sprawiły, że MM finalnie się poddała? I przywiązanie do idealistycznego postrzegania miłości ? Niestety nikt nie jest w stanie obronić nas przed nami samymi, Marylin widocznie tego nie rozumiała...

Film  świetny wizualnie, dla szukających przekazu - niekoniecznie. Tak 5/10 :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz